sobota, 13 marca 2010

Czekając na los

„Los utracony” jest niewielką powieścią węgierskiego Noblisty z 2002roku, Imre Kertesza. Bohaterem jest Żyd, który przechodzi wielką przemianę wskutek rocznego pobytu w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Ważną kategorią powieści Kertesza jest „czekanie”. Od początku mamy do czynienia z oczekiwaniem, któremu towarszyszy nuda, zabijana prostymi czynnościami: napiciem się wody z kranu, zjedzeniem kanapki czy śpiewaniem piosenki. W miarę rozwoju wypadków, w miarę zbliżania się bohatera do bram obozu koncentracyjnego, a zarazem do gwałtownego zerwania zasłony nieswiadomości, nuda i oczekiwanie zaczynają przybierać inne , coraz bardziej bezlitosne oblicza.

W umyśle bohatera zaczyna powoli zacierać się poczucie czasu. Nie ma już sekund, minut, godzin. Godzina może być równie dobrze sekundą, jak i całym rokiem. Prze-definiowanie pojęcia czasu jest mocno zdeterminowane kategorią głodu, a ogólniej rzec ujmując, kategorią ciała. W obozie koncentracyjnym człowiek zostaje sprowadzony do ciała. Ciało boli, jest głodne, jest mu zimno, to ciało – nie Ja – pracuje, podczas gdy Ja może przenosić się w inne miejsca za pomocą wyobraźni. Do czasu jednak, aż ciało samo w sobie nie zemdleje i nie stanie się obojętne na czynniki zewnętrzne, które konsewetnie poddają je torturom wszelakiego rodzaju: niewyobrażalny głód i niewyobrażalne zimno, ból, robaki toczące ropną ranę (robaki toczące ciało za życia – symbol śmierci „człowieczeństwa”, śmierci duszy przed śmiercią ciała).

Kertesz pokazuje także, jak ekstremalnie wytrzymałe jest ciało, które nie tylko jest w stanie wytrzymać, ale także zregerować się i odrodzić. W przeciwieństwie do wszystkiego tego, co ludzkie, lecz niematerialne – do pamięci. Po powrocie do rodzinnego miasta, znajomi bohatera pytają go o plany na przyszłość, na rozpoczęcie „nowego życia”, sugerują mu jak najszybciej zapomnieć o tym, czego doświadczył. Dla bohatera, który na początku powieści był niedojrzałym, bezmyślnym 15-letnim chłopcem, a który powrócił jako 16-letni starzec, „nie-pamięć” jest niemożliwa. Przedstawia on teorię kroków, w myśl której „nigdy nie możemy rozpocząć nowego życia, zawsze musimy tylko ciągnąć stare” (s. 265), każdy następny krok stanowi zarazem skutek poprzedniego, jak i przyczynę następnego kroku – nieustannie tworzącej się ciągłości życia nie da się przerwać.

Bohater podaje przykład kolejki tworzonej przez nowo przybyłych do obozu więźniów, na końcu której stoi lekarz decudujący o tym, czy dany człowiek zostaje przeznaczony „od razu do gazu” czy do dania mu „drugiej szansy”. Każdy krok jest krokiem w stronę dalszej części:

Kroczył każdy, kto tylko mógł kroczyć; ja też zrobiłem swoje kroki i nie tylko w kolejce do lekarza, ale już w domu. Kroczyłem z ojcem i kroczyłem z matką [...]. Teraz już mógłbym powiedzieć, co to znaczy „Żyd”: nic nie znaczy, przynajmniej dla mnie, dopóki nie zaczną się kroki. Nic nie jest prawdą, nie ma innej krwi, nie ma nic innego [...] są tylko dane sytuacje i istniejące w nich nowe warunki. Ja też przeżyłem dany los. To nie był mój los, ale ja go przeżyłem [...] (s. 264-265).

„Czekanie” zmienia bohatera. Na początku jego postawa nie przejawia jakiegokolwiek szacunku i zrozumienia dla „czekania”, manifestuje postawę marnotrawiącą i bierną. W obozie „czekanie” zaczyna łączyć się ze strachem i lękiem, a przede wszystkim z niemożnością dostrzeżenia końca. Kiedy bohater wraca do rodzinnego miasta, kiedy pojawia się kolejne „oczekiwanie”, on idzie dalej, nie czeka. „[...] oświadczam, że w danym mi losie, do końca byłem uczciwy. Jedyna plama, powiedziałbym, skaza, jedno, co ewentualnie można by mi zarzucić, to jest to, że teraz tu rozmawiamy, ale na to nie poradzę”.

***
Powieść Kertesza stanowi wielopoziomowe stadium ciała i psychiki ludzkiej poddanych ekstremalnym warunkom. Jest to powieść niezwykle głęboka, warta wielokrotnej lektury w celu odkrywania nowych sensów. Przy okazji uświadomiłam sobie, że chciałabym poczytać więcej literatury związnej z tematem obozów koncentracyjnych oraz funkcjonowania człowieka w tych nieludzkich warunkach, które stanowią przecież historyczny fakt. Interesuje mnie szczegolnie, czy istnieje książka relacjonująca pobyt w obozie – napisana przez kobietę – jako jej własne doświadczenie. Jeśli ktoś z Was miałby jakiekolwiek informacje, bardzo proszę o pozostawienie ich w komentarzu.

Imre Kertesz, „Los utracony”, przeł. Krystyna Pisarska, WAB, Warszawa 2002.


Źródło zdjęcia na stronie www.buchewald.de

Imre Kertesz


Oczywiscie na podstawie książki został nakręcony film, który koniecznie trzeba obejrzeć:

czwartek, 4 marca 2010

Tęskniąc za Whistle Stop

„Smażone zielone pomidory” to jedna z najpiękniejszych powieści, jakie czytałam. Naprawdę rzadko zdarza mi się, że po skończeniu książki mam ochotę natychmiast rozpocząć ją od nowa. Będę szczera: nigdy mi sie to nie zdarza. W przypadku „Pomidorów...” było jednak zgoła inaczej.

Powieść Flagg jest również trzecią pozycją z listy lektur „Amerykańskie Południe” jaką czytam. Nie mam pojęcia, czy to ogólna tendecja w literaturze tego obszaru, jednak zaczynam dostrzegać pewne właściwości tych powieści: akcja dzieje się w małym miasteczku, powieść opisuje wielu bohaterów, którzy są jego mieszkańcami, a jednocześnie stanowią barwne osobowości, i wreszcie: spodziewany lub nie, pojawia się proces. Z czystej ciekawości, dla eksperymentu, sięgnę chyba po losowe książki z listy, aby sprawdzić, czy to przypadek, czy mimo wszystko pewna tendencja...

Dzięki Flagg zyskałam wspaniałą bohaterkę-przyjaciółkę literacką, która pozostanie jedną z moich najlepszych chyba na dlugi czas, jeśli nie na zawsze. Zapałałam nieposkromioną miłością do Idgie – zaklinaczki pszczół, założycielki klubu zgrywusów Dill Pickle, kobiety, której nie jeden facet pozazdrościłby jaj i... dowcipu. Jej enigmatyczny związek z Ruth, Flagg opisała w sposób niesamowicie subtelny, wytwarzając rodzaj erotycznego napięcia wypowiedzianego cudownie nie wprost.

Zresztą wszystkie wątki powieści, które przedstawiane są z różnych punktów widzenia, a także w różnych, nazwijmy to, płaszczyznach czaso-przestrzennych, nie są odkrywane przed Czytelnikiem od razu. Czytelnik ma wrażenie jakby urodził się i od zawsze mieszkał w Whistle Stop w Alabamie. Na poły „plotkarska amtosfera”, jaką stworzyła autorka, osculuje wokół kawiarni Idgie i Ruth (gdzie możemy zjeść smażone zielone pomidory) oraz „Tygodnika Dot Weems”, z którego dowiadujemy się o bieżących wydarzeniach w miasteczku.

W każdą niedzielę przesiadujemy na ganku w towarzystwie przeuroczej Ninny Threadgood, która jest niesamowicie bogatym źródłem opowieści o wydarzeniach mających miejsce 30 lat wcześniej, kiedy to „The Whistle Stop Cafe” przeżywał lata świetności i był miejscem spotkań towarzyskich, a zapach pieczeni Dużego Georga można było poczuć będąc w pociągu znajdującym się dobrych kilkanaście kilometrów jeszcze przed stacją Whistle Stop.

Regularnie jesteśmy zabierani do Birmingham, przeważnie w towarzystwie „niebiesko-dziąsłowego” Artisa (tam też znajduje się Dom Spokojnej Starości, do którego jeździmy w odwiedziny do Ninny) albo wyskakujemy na whiskey do Warrior River, gdzie ma siedzibę Klub Wędkarski i gdzie mieszka rudowłosa bujna i piękna Eva, nie gorsze od Idgie ziółko.

Powieść jest niezwykle ciepła, zabawna, jednak chwilami pełna goryczy. Można powiedzieć, że jest to wspaniałe „czytadło”, ale z pewnością „czytadło” pełne treści i niezwykle satysfakcjonujące, cieszące czytelnicze zmysły świetnym językiem. Bardzo się cieszę, że mam własny egzemplarz, który otrzymałam w prezencie, ponieważ będę do niego wracać, wracać, wracać... tęskniąc za Whistle Stop Cafe, za Idgie, Kikutkiem i Smokey’em Samotnikiem.

Fannie Flagg, „Smażone zielone pomidory”, przeł. Aldona Biała, Zysk i S-ka, Poznań 2008