niedziela, 16 maja 2010

Emocjonalny thriller

Debiutancka powieść szwedzkiej pisarki Anne Sward jest niezwykła. Stanowi rodzaj emocjonalnego thrillera. Napisana jest oszczędnie i niezwykle sugestywnie. Pomimo zdecydowanie odmiennej poetyki, pod względem tematu jest bardzo podobna do twórczości Jelinek czy Lessing. Dotyczy bowiem złożonych, trudnych i – co tu ukrywać – zniszczonych relacji rodzinnych.

Powieść Sward jest skondensowana. Fabuła składa się z trzech wzajemnie się przenikających płaszczyzn. Pierwsza z nich to przebieg aktualnych wydarzeń, które dzieją się i rozwijają wraz z głównym wątkiem. Na drugiej Sward zarysowała nie spuentowane sytuacje i wydarzenia, z których czytelnik samodzielnie może wyciągnąć wnioski lub domyśleć się ich zakończenia. Na trzeciej natomiast, znajdują się fakty mające związek z wydarzeniami, o których Sward nic nie mówi. Ich także trzeba się domyśleć. Dzięki temu zabiegowi lektura „Lata polarnego” angażuje i sprawia, że czytanie przestaje być jedynie od-czytywaniem, ale staje się również współtworzeniem historii.

Powieść ma sześciu bohaterów-narratorów. Przedstawia tym samym wiele punktów widzenia. Tak poprowadzona narracja sprawia, że prawda przestaje być jednowymiarowa, a złożoność relacji w znaczący sposób zostaje uwydatniona. Sward wychodzi od pewnego stanu rzeczy – rodziny, która się rozpadła – dając czytelnikowi pewną ilość informacji (nigdy jednak zbyt dużą) na tyle radykalnych, że na ich na podstawie czytelnik szybko wyrabia sobie krytyczne zdanie o bohaterach, ich postępowaniu oraz związkach, które ich łączą. Już na samym początku powieści zostaje nastawiony krytycznie.

Wieloaspektowa narracja jednak łamie tę ocenę bardzo szybko. Na drodze szczegółowej analizy psychologcznej bohaterów Sward pokazuje, jak różne jest widzenie i odczuwanie w zależności od tego, kto patrzy. Kto – ze swoją płcią, charakterem, historią... W ironiczny sposób ukazuje niezdolość porozumienia się i współpczucia – często nie spowodu złych intencji, lecz złej komunikacji. Powoli rozwijana sieć zdarzeń zaskakuje i pomimo, że stanowi dość niecodzienną fabułę, jest spójna i logiczna.

Anne Sward, „Lato polarne”, przeł. Bogumiła Ratajczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007

niedziela, 9 maja 2010

Chiński Hakawati

Można powiedzieć, że „Góra duszy” to taki chiński „Hakawati”. Jej autorem jest Gao Xingijan, który w 2000 roku otrzymał nagrodę Nobla. Licząca ponad 500 stron powieść ma dwóch bohaterów, z którymi wędrujemy po Chinach nie tylko w przesterzni, ale także w czasie. Oboje są samotnikami, mężczyznami w średnim wieku, którzy wyruszyli w podróż, aby odnaleźć odpowiedź na pytanie o własne Ja, tożsamość i sens rzeczywistości.

Pierwszy z nich mówi we własnym imieniu. Wyruszył wgłąb Chin po tym, jak okazało się, że postawiona mu diagnoza raka płuc była mylna. Został postawiony przed pytaniem, co zrobić z owym swoistym aktem ułaskawienia, który ofiarował mu los. Zapuszcza się w dzikie tereny chińskich lasów, pragnie dostać się do tajemniczego Lingshan, o którym informacje tak trudno zdobyć od mieszkaców okolicznych wsi i miasteczek. Wszędzie bywa krótko, tylko na chwilę. Odwiedza placówkę badawczą opiekującą sie pandami, interesuje się niebezpiecznymi wężami qishe, przeżywa grozę osaczenia przez gęstą mgłę, gdy przebywa wysoko, w odludnych górach, jedynie z przewodnikiem, 3 dni drogi od najbliższej osady. Jego wspomnienia przywołują reminiscencje z dzieciństwa, snuje filozoficzne rozważania, będąc jednocześnie świadomym ich wydumanego skomplikowania wobec prostoty życia ludzi wsi i gór. Jest poszukiwaczem pradawnych historii, legend i wierzeń ludowych.

Drugi mężczyzna wędruje z poznaną w jednym z miasteczek dziewczyną, z którą przeżywa romans. Ich wędrówka wypełniona jest opowieściami, które mężczyzna być może wymyśla, a być może przekazuje zgodnie z prawdą. Dziewczyna również opowiada, mówi, prowadzi swój monolog. Niesamowite anegdoty, krotkie historie, wypełniają ich czas. Język, słowo mówione, jest powrotem do pierwotnego rytuału snucia historii, opowiadania, przekazywania sobie wiedzy na temat świata i historii. Narracja prowadzona jest tutaj w oryginalny sposób, mianowicie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak, jakby ktoś, może ten pierwszy mężczyzna, przypominał innemu (sobie?) jakieś wydarzenia lub wręcz tworzył na bieżąco hipotetyczną miłosną historię. Nie ma dialogów, jest „mówisz”, „ona mówi”.

Kim są ci mężczyźni, czego dokładnie szukają i czy dane będzie im to odnaleźć? W jakiej relacji pozostają względem siebie, czy są tą samą osobą czy dwoma różnymi?

„Góra duszy” to niespieszna historia poszukiwania prostoty i prawdy. Gawęda, która przemyca między wierszami buddyjską filozofię prostego życia, zjednoczenia z przyrodą, respektowania jej praw:

Głęboko zaciągam się czystym leśnym powietrzem, bez wysiłku wdycham je i wydycham, czuję, że oczyszczenie sięga aż do głębi duszy. Powietrze wnika wręcz w stopy [...] wydaje się, że moje ciało i umysł jednoczą się z wielkim cyklem przyrody. Osiągam poczucie radosnej wolności, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałem.

Gao Xingijan, „Góra duszy”, przeł. Wojsław Brydak, REBIS, Poznań 2004

Majowy stosik. Biegowo.

Po 2 tygodniach czekania EMPIK w końcu zrealizował moje zamówienie i w piątek mogłam odebrać 3 książki, na które z niecierpliwością czekałam:


Połówka żółtego słońca – Chimamanda Ngozi Adichie
Wszystkie imiona – Jose Saramago
Umiłowana – Toni Morrison


Ale i tak najlepszą niespodziankę zrobił mi mój narzeczony, z którym na początku tego miesiąca zawarłam umowę, że jeżeli będę biegać ciedziennie przez cały maj, w nagrodę będę mogła sobie wybrać książkę. Parę dni temu otrzymałam od niego przedsmak owej nagrody, książkę-niespodziankę, która ma mi towarzyszyć podczas majowego biegania, a jest to powieść-pamiętnik Haruki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” o zachęcająco brzmiącym podtytule (czy raczej cytatcie wyciągniętym na okladkę):

„Najpierw był bieg, a dopiero po nim towarzyszący mu byt, którym przypadkowo byłem ja. Biegnę więc jestem”.

Murakami to ostatnio coraz bardziej slawny japoński pisarz. Kiedyś prowadził bar i klub jazzowy, by pewnego dnia rzucić tym wszystkim i poswięcic się pisaniu. Aby zachować formę, zaczął biegać. Skończyło się na licznych maratonach, półmaratonach, triatlonach etc. Książka oprócz tekstu zawiera także fotografie przedstawiające Murakamiego podczas biegania, zawodów itp. Niezwykle podoba mi sie okładka książki, pomysłowa i minimalistyczna, możną ją ogladać zarówno w pionie, jak i w poziomie.

niedziela, 2 maja 2010

Filmowy INVICTUS - genialny film!


Wszystkim wielbicielom dobrego kina, Matta Damona, Morgana Freemana, historii RPA, Nelsona Mandeli, muzyki filmowej, sportu, meczowych emocji, rugby czy piłki nożnej (niepotrzebne skreślić) polecam absolutnie rewelacyjny film Clinta Eastwooda, nakręcony na podstawie bestselleru amerykańskiego dziennikarza, Johna Carlinga, „Invictus. Igrając z wrogiem” (o ktorej pisałam tutaj).

Fabuła filmu rozpoczyna się 11 lutego 1990 roku, kiedy to po 27 latach niewoli Nelson Mandela zostaje wypuszczony z więzienia, a kończy się w 1995 roku, w dniu zdobycia przez Springboksów Pucharu Świata w rugby. Eastwood w swoim obrazie skupia się przede wszystkim na aspekcie sportowym polityki Mandeli. Książka Carlina natomiast, opisuje życie pierwszego czarnoskórego prezydenta RPA od czasu pojawienia się jego postaci na scenie politycznej, jeszcze przed uwięzieniem, a także szczegółowo opisuje okres więzienny, nie pomijając relacji ludzi, z którymi Mandela miał wówczas styczność.

Jednak te wątki pojawiają się w filmie jako krótkie reminiscencje. Są niezwykle oszczędne, dzięki czemu, po pierwsze, Eastwood uniknął błędu, jaki najczęściej popełniają reżyserzy ekranizujący powieści: skrótowość przedstawianej historii objawiająca się w przemieszczaniu się od punktu do punktu, odhaczając najważniejsze wydarzenia. Po drugie, historia filmowa jest zwięzła i skondensowana, a główny motyw nie rozpływa się w niezliczonej ilości wątków. Widz, nawet ten, który nie czytał Carlina i który nie zna dobrze historii RPA, otrzymuje przekaz przejrzysty i zrozumiały.


Książka Carlina jest reportażem stanowiącym zbiór relacji ludzi, na których Mandela wywarł swoisty wpływ, dzięki czemu udało mu się wprowadzić do RPA demokrację. Lecz mimo, że to o Mandeli mowa w książce, z powodu owej subiektywizacji różnych punktów widzenia, sama jego postać wydaje się być gdzieś z boku. Ponadto, jak już wspomniałam w recenzji książki, obraz Nelsona Mandeli jako człowieka, wydaje się nieznośne idealny i nieskazitelny.

Eastwood podszedł do tego tematu z innej strony. Przestajemy widzieć Mandelę czyimiś oczyma. Prezydent RPA nie tylko staje się bohaterem pokazanym z obiektywnego punktu widzenia (o ile czysta obiektywizacja jest w ogóle możliwa), ale ponadto wydaje się o wiele bardziej ludzki i bliższy każdemu z nas. Nie jest już herosem, pół-bogiem i pół-człowiekiem. Przekaz filmowy tego typu stwarza możliwość zerwania z jego postaci osłony legendy, jaka niechybnie tworzy się wskutek ludzkich wspomnień.

W obrazie Eastwooda Mandela jest człowiekiem, który dzięki konsekwentnej postawie, sile woli, ogromie wiary, a także heroizmowi w zmaganiu się z codziennością dokonał wielkiej rzeczy. Jego postać pokazuje, że w małym i dużym wymiarze Mandelą mógłby być każdy z nas, bowiem jego fenomen polega na maksymalnym wykorzystaniu ludzkich predyspozycji i zdolności, które tkwią w każdym człowieku. Gdyby nie to, Springboksi nie wygraliby Pucharu, Afrykanerzy nigdy nie pozbyliby się strachu, a Afrykańczycy nigdy nie zdobyliby się na przebaczenie.


Eastwood nie tylko pokazal, że każdy z nas mógłby być Mandelą, ale że sam Mandela jest taki jak my, że jak każdy człowiek zmaga się ze swymi wadami i ma swoje problemy. Pomimo, że był ojcem nowego demokratycznego narodu RPA, nie wiodło mu się w życiu prywatnym i rodzinnym. Genialnie zostało to ujęte w epizodycznej scenie z córką, gdy usiłował mentorskim tonem udowodnić jej, że to ona się myli, a on ma rację. Uczynił to w sposób zadziwiająco nieudolny, jednak niemal natychmiast zorientował się, że popełnił błąd. Morgan Freeman pięknie zagrał ból starszego mężczyzny, ojca i męża, który cierpi z powodu nieumiejętności nawiązania i utrzymania relacji z najbliższymi.


Ponad wszystko „Invictus” Eastwooda przynosi niesamowity ładunek emocji. Widz czuje się, jak gdyby oglądał transmitowany na żywo mecz i nie gorzej niż filmowi aktorzy, przyżywa związane z nim emocje. Zbytecznym jest wspominanie o genialnych rolach Freemana i Damona. „Invictus” to naprawdę wielki obraz filmowy, który koniecznie trzeba obejrzeć.

piątek, 30 kwietnia 2010

Czarno-białe tornado

Tytuł powieści Pearl S. Buck świetnie oddaje jej przekaz. Cóż bowiem sie dzieje, gdy dwa wiatry nadbiegające z przeciwnych stron zderzą się se sobą? Powstaje tornado. Ludzie giną, a dachy domów, które od wieków stały nieporuszone, urywają się z impetem odkrywając to, co przez tak długi czas było skrywane pod zazdrosnymi murami. O tym też jest powieść amerykańskiej Noblistki z 1938 roku (spędziła wiele lat życia w Chinach. Jej chińskie imię to Sai Zhenzhu).

Narratorką jest młoda Chinka, Kwei-lan, wychowywana przez całe życie według ścislych reguł tradycji chińskiej. Do czasu małżeństwa z mężczyzną, który został jej przeznaczony przez rodzinę jeszcze przed jej narodzinami, Kwei-lan żyje pod kloszem, nieświadoma tego, co istnieje poza murami jej domu. Jest uczona zasad zachowywania się wobec mężczyzn, a także starszych osób. Jej stopy boleśnie obwiązywane są bandażami po to, aby pewnego dnia mąż mógł zachwycić się jej malutkimi stopami.

Kwei-lan pobiera naukę gry na tradycyjnych instrumentach, a także dane jej jest poznać smak poezji oraz sztuki. Od dziecka oddzielona jest, jak każda dziewczynka i kobieta, od świata mężczyzn, który toczy się w innej części domostwa. Kwei-lan wiedzie błogą, bezpieczną, na wpół-świadomą egzystencję. Do tego stopnia, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że może być inaczej. Aż do dnia ślubu, w którym zostaje żoną „nowoczesnego mężczyzny”. Jej mąż także jest Chińczykiem, ale wykształconym za granicą. Jego świadomość uksztaltowała się po opuszczeniu domu rodzinnego. Jako jeden z nielicznych otrzymał szansę porówania tych dwóch światów, jakim są Wschód i Zachód.

Nowoczesny mąż pragnie, aby żona pozbyła się zabobonnej, uwstecznionej chińskiej tradycji w imię zasad i reguł świata Zachodu. Symbolem tego jest rozwiązanie bandaży uciskających przez tyle lat stopy biednej Kwei-lan. Odejście Chinki ze świata rodzinnego, nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne, jest warunkiem miłości męża, ktorej ona tak bardzo przecież pragnie. Kwei-lan bowiem została wychowana w myśl zasady, iż życie kobiety służy jedynie po to, aby umilić życie mężczyzny i wszystkie jej wysiłki mają zmierzać ku temu, aby sprawić radość mężowi.


Dla Kwei-lan jest oczywiste, że musi podążać za mężem – inny scenariusz po prostu nie istnieje w zasięgu jej świadomości. Tak więc dochodzimy tutaj do paradoksu pierwszej części powieści Buck: Kwei Lan ma odrzucić chińską tradycję w imię jej naczelnej tezy: poświęcenia się kobiety dla mężczyzny. Nie wiem, czy Buck w zamierzony sposób tak skontruowała fabułę, aby właśnie to pokazać. Generalnie przemiania Kwei-lan ma wymiar pozytywny, co sugeruje, że jej postępowieanie było słuszne. Dla mnie jednak, bez względu na to, jaki jest efekt końcowy, przemiana pozostaje jedynie pozorną przemianą. Kwei-lan w żaden sposób nie stała się kobietą niezależną psychicznie, dalej silnie podlegała mężowi, nie będąc w stanie myśleć ani podejmować decyzji samodzielnie. Co więcej, po urodzeniu pierworodnego syna, stała się także jego niewolnicą.

Kwei-lan to nie jedyna kobieca bohaterka powieści Buck. Po przeciwleglej stronie bieguna jest Mary, amerykanka, żona brata Kwei-lan, który przywiózł ją do Chin jako nowoczesny mężczyzna, który pobrał stosowne nauki na Zachodzie. Mary jest w beznadziejnej sytuacji. Jest absolutnie nie akceptowana przez rodzinę męża, postrzegana jako dziwaczna istota, która przybyła z wrogiego świata zniszczyć rodzinną harmonię. Nikt nie okazuje jej szacunku.

Oboje muszą stoczyć walkę z chińskim rodem o swą miłość, na którą najbliźsi nie chcą przystać. Ich związek,w przeciwieństwie do związku Kwei-lan, narodził się z wolnej zachodniej miłości, był czysty, bezinteresowny i spontaniczny. W Chinach, w obliczu przodków, przerodzić się musiał w drogę pełną cierpienia, gdzie pozbawiona wolności i akceptacji Mary powoli usychała niczym kwiat.


Uderzyło mnie, że to, co wydawaloby się jak najbardziej naturalne gdzie indziej, w określonych warunkach nabiera zupełnie odmiennego wymiaru. To, co jest dobre tam, tutaj odbierane jest jako zło. I na odwrót. Pełna dobroduszności i rubaszności postawa ojca, w oczach Mary odbierana była za serdeczną i przyjazną. Wszyscy jednak wokół wiedzieli, że w świetle chińskich konwenansów jest przejawem pogardy i braku szacunku. Podczas, gdy w świecie Zachodu brzemienność Mary uznana zostałaby za powód do szczęścia i radości, między murami przodków jej męża wytworzona została wokół niej chora, pełna ubolewania i ogólnego nieszczęścia, sytuacja.

Powieść napisana jest w oszczędny, piękny sposób. Narracja poprowadzona jest z kobiecym wdziękiem młodej Chinki, która wylewa swój monolog przed Siostrą, będącą przedstawicielką świata Zachodu, swoistej „everywomen”. Niewielka powieść warta poznania, która uświadamia jedną ważną rzecz: jak różny byłby jej odbiór w zależności od tego, czy czytałaby ją kobieta ze Wschodu, czy kobieta z Zachodu. Ja, będąc tą drugą, nadziwić się nie mogłam psychologcznej odsłonie życia chińskiej arystokratki, a także zdziwieniu, wręcz zmieszaniu, Kwei-lan gdy poznawała prawa rządzące Zachodem. Niesamowite jest to, jak wprost proporcjonalnie przeciwna byłaby intepretacja tej powieści przez Chinkę. To coś jak fakt, że chińskim kolorem żałoby jest biel. Dla nas – niebywałe – prawda?

Pearl S. Buck, „Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu”, przeł. M. Jędrzejewska, MUZA SA, Warszawa 2007

środa, 28 kwietnia 2010

Nowe wyzwanie - KRAJE NORDYCKIE

Aby uczcić powolanie do życia nowego wyzwania literackiego KRAJE NORDYCKIE zapraszam do posluchania piosenki nordyckiego zespolu Royksopp "What else is there?". Wczujmy sie w klimat! :)




A oto moja lista lektur, przynajmniej na początek. Nie znam się na literaturze tych krajów, więc głównym źródłem inspiracji będą recenzje wspóluczestników oraz przypadek.

Na początek:
1.Anne Sward, „Lato polarne” (Szwecja)
2.Ingmar Bergman,”Laterna magica” (Szwecja) z pakietem co najmniej dwóch filmów: „Siódma pięczęć” (już raz oglądana) plus któryś z jeszcze nie widzianych tytułów
3.Sofi Oksenen, „Oczyszczenie” (Finlandia)
4.Wyspy owcze (w zależności od tego, co będzie dostępne w bilbiotece/księgarni)
5.Sprobuję też Stiega Larssona
6.Kuszą też takie wymienione tytuły, jak „Księga Diny” czy „Dom Augusty”, które obiły mi się o uszy juz wcześniej, a także „Studio Sex”, które widziałam w swojej bibliotece.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Mandela wielkim przywódcą był

Jak to dobrze, że powstają takie książki. Wspaniale, że na ich podstawie sa kręcone filmy z dobrą obsadą. Jeszcze dwa miesiące temu postać Nelsona Mandeli nie była mi znana. Dlaczego? Dziura w systemie edukacyjnym? Zbyt małe zainteresowanie historią świata? Słodka ignorancja? A może słaba pamięć? Nie wiem jak do tego doszło.Muszę dodać, że pod wpływem literatury, zaczynają mnie interesować kraje, które do tej pory świeciły białą plamą na (mojej) mapie świata. Wśród tych obszarów znajduje się RPA, której historia, jak pokazuje Coetzee, Liebenberg czy ostatnio John Carlin, jest naprawdę fascynująca i godna podziwu. I chcę dowiedzieć się więcej.

John Carlin jest amerykańskim dziennikarzem, który szmat czasu spędził nie tyle w samej RPA, ile u boku Nelsona Mandeli. Gdy ten zaapropobował pomysł napisania o nim książki, Carlin przeprowadził niezliczoną ilość wywiadów z ludźmi, którzy mieli pośredni i bezpośredni związek z osobą Mandeli. „Invictus” obejmuje odcinek czasu od pojawienia sie młodego Mandeli na scenie politycznej, poprzez jego 27-letni pobyt w więzieniu, uwolnienie i zdobycie prezydentury, aż po słynny mecz Pucharu Świata w rugby w 1995 roku.

Książka napisana jest w sposób bardzo interesujący. Jest to reportaż literacki, który czyta się żywo, z poczuciem narastającej fascynacji osobą Mandeli. Z niedowierzaniem śledzimy jego ścieżkę życiową, podążamy za wielką ideą zjednoczenia Białych Afrykanerów i Czarnych Afrykańczyków. Tekst zahacza na poły o politykę, na poły o sport i życie prywatne niektórych bohaterów. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że jedna osoba dokonała rzeczy niemożliwej, pogodziła odwieczny rasowy i polityczny konflikt, nierzadko nurzany we krwi i niesprawiedliwej śmierci.

Można powiedzieć, że „Invictus” jest peanem na cześć herosa. Mandela przedstawiony jest w niezwykle dobrym świetle. Nawet jeśli między wierszami możemy odkryć jakieś jego wady, Carlin na zasadzie kontrastu szybko odwraca od nich uwagę czytelnika. Muszę powiedzieć, że na dłuższą metę jest to męczące. Nie wierzę w białe charaktery. Każdy, nawet najwspanialszy człowiek, ma coś "za uszami".


Mandela posiadał niezwykłą umiejetność wpływania na ludzi. Udało mu się pozyskać największych wrogów. Nawet fakt, że taka persona jak on, nie otrzymała wyroku śmierci w kraju, gdzie szastano nim na lewo i prawo, o czymś swiadczy. Swym uśmiechem i postawą pełną szacunku sprawiał, ze nikt nie potrafił mu się oprzeć. Nikt, tak jak on, tego nie potrafił. I to właśnie z jednej strony było tak bezcenne, stanowiło klucz do zagadki, jak to możliwe, że RPA stało sie krajem demokratycznym, że apartheid runął, a segregacja klasowa odeszła w niepamięć.

Z drugiej jednak, jakże niebezpieczna była to cecha. Pomyślmy bowiem, co by bylo, gdyby przedmiot, którym obracał w swoich dłoniach, był czymś innym. Wielka siła kierowania narodem kryła się w jego rękach i tylko od niego zależało, w którym kierunku ów naród pójdzie. Znamy historię świata i jesteśmy świadomi, jak niebezpieczni są ludzie o tak niezwyklej sile wpływania na drugiego człowieka. Całe szczęście Mandeli przyświecały zaszczytne idee, pragnął sprawiedliwości, bez uszczerbku dla obydwóch stron. Na kartach historii świata był tym, który stoi po stronie dobra.

Książka Carlina pomogła mi także zrozumieć, jak wielką siłę ma sport, a także pojęcie wspólnoty widza. Myślę o tym przede wszystkim w kontekście piłki nożnej, która wspólnotowy, wręcz religijny charakter, ma nie tylko w Europie, ale przede wszystkim w Polsce, zwłaszcza na Śląsku.


A propos. Nie zabrakło także wątków polskich, jak choćby wspomnienia o upadku komunizmu w Polsce za sprawą „Solidarności” lub epizodu Janusza Walusia, który zamordował drugą po Mandeli najważniejsza osobę dla Afrykańczyków w RPA, Chrisa Haniego (co bynajmniej nie jest powodem do dumy).

„Invictus” daje możliwość zapoznania się z kawałkiem historii RPA, która ma w pewnym sensie wymiar ogólnoświatowy. Myślę, że takie książki powinny być czytane w szkołach i na studiach, ponieważ w interesujący, żywy i dynamiczny wręcz sposób uczą historii.

Polecam książkę Carlina, pomimo, że pod koniec hymn na cześć Mandeli zaczyna coraz bardziej męczyć, a podejrzliwym czytelnikom złośliwy diabełek podszeptuje do ucha pytanie, jakie słabości i wady mógł mieć ten heros. Nikt bowiem nie może być idealny. A czasami ta ciemna strona jest o wiele bardziej interesująca i pociągająca. Niechaj jednak nikt nie pomyśli sobie, że ironicznym tytułem tego tekstu oraz wydźwiękiem ostatniego akapitu, w jakikolwiek sposób pragnę okazać brak szacunku. Przeciwnie. Niezwykle się cieszę, ze poznałam takiego człowieka, jak Nelson Mandela.

Tradycyjnie już zapraszam do obejrzenia filmu, którego sama jeszcze nie widziłam. Gra Matt Damon i Morgan Freeman.

„Invictus. Igrając z wrogiem”, John Carlin, przeł. Jerzy Malinowski, MUZA S.A., Warszawa 2010