bredablik
niedziela, 12 lutego 2012
Nareszcie mam gdzie czytać!
Wczoraj dokonałam w IKEI super zakupu - kupiłam wymarzony fotel, w którym się już od dawna skrycie podkochiwałam ilekroć odwiedzałam ten sklep. Dopiero metka z informacją "zmiana asortymentu" zmotywowała mnie to przeistoczenia platonicznej miłości w trwały związek :) Fotel jest mega wygodny i przypomina ten, na którym spędziłam dzieciństwo z książką w ręku. Tak więc, przejmuje po nim automatycznie nazwę - Bredablik. Postawiłam go koło kaloryfera, jest więc przyjemnie ciepło. Teraz zima może trwać wiecznie!!!




czwartek, 29 grudnia 2011
Na cmentarzysku zapomnianych książek. Tylko dla obłąkanych.
Moja miejska biblioteka, oprócz tradycyjnych półek, na których stoją w rzędach książki przeznaczone do wypożyczenia, posiada również jeszcze inną, niezwykłą półkę. Niewielka, ukryta w ciemnym kącie, półka przeznaczona „tylko dla obłąkanych”. Obłakanych na punkcie książek. Lądują tam powieści najszerszej maści, przeważnie wydania już stare, nie wiadomo, ile razy i przez kogo przeczytane, owiane mgłami tajemnic poprzednich czytelników. Najpiękniejsze jest to, że ten, kto ma ochotę, może sobie wziąć do domu jedną bądź więcej książek, które wpadły mu w oko, na widok których tętno nieznacznie przyspieszyło, a oddech stał się szybszy. Półka ta niejeden raz przyprawiła mnie o żywsze bicie serca.
Dziś zapełniona była niezliczonymi wydaniami dotyczącymi literatury science fiction oraz tekstów na temat wschodniej duchowości. Miłośnicy kontynentu azjatyckiego znaleźliby tam m. in. przewodniki po buddyzmie czy książkę Filipa Kapleau traktującą o praktyce ZEN. Pozostawiając tym razem innym czytelnikom radość odkrycia tych ciekawych tekstów (być może jakiejś zabłąkanej 18-letniej duszyczce, którą sama niegdyś byłam, gdy niecierpliwie przeglądałam w owej bibliotece półki dotyczące duchowości Wschodu), zanurkowałam w SF.
Wybrałam sobie parę pozycji, między innymi dwie antologie opowiadań z 1984 i 1987 roku, dwa zbiory „Stało się jutro” (w tym jedno autorstwa Marcina Wolskiego, z czego tym bardziej się cieszę, że dokładnie ten tom pożyczył mi niedawno kolega i właśnie na mnie padło, aby wycieńczona tyloma lekturami książka w końcu pozbyła się okładki) i „Astronautów” Lema, których zabrałam przede wszystkim dlatego, że znalazłam tam enigmatyczny zbiór pocztówek oraz zdjęć... Bruce’a Lee oraz Led Zeppelin! Nie mam pojęcia, co rzeczywiście stanowią owe zdjęcia, czy są prawdziwe czy tylko wydrukowane jak prawdziwe. Na jednym z nich dopatrzyłam się w rogu częśli logo magazynu „Bravo”, zatem całkiem możliwe, że dawno dawno temu ten poczytny magazyn dla młodzieży, proponował właśnie coś a la zdjęcia. Ale kogo!!! Dziś przecież magazynu tego typu lansują gwiazdy zupełnie innego pokroju!
Uwielbiam skarby, które kryją stare książki. Rzeczy, zwykle właśnie pocztówki czy zdjęcia, które należały kiedyś do kogoś, kogo nigdy nie poznamy. Kiedyś znalazłam w jednej z książek miesięczny bilet autobusowy z lat 60-ych! Uwielbiam też przygarniać stare książki, takie, których nikt już nie chce, lub takie, o których ktoś zapomniał. Stare książki mają swoją własną historię czytania, a nam, nieznanym odkrywcom otwierają przed sobą świat pełen tajemnic i fantazji na temat poprzednich czytelników.




Etykiety:
lem,
science fiction,
sf,
stało się jutro,
stosik,
znaleziska
niedziela, 18 grudnia 2011
Opactwo Northanger, Jane Austen
„Opactwo Northanger” wydaje się po trosze powieścią, którą Austen napisała w przerwie pomiędzy „poważniejszymi” tytułami, aby nie wypaść z wprawy, poćwiczyć pióro i wypróbować w praktyce swój dowcip oraz talent do posługiwania się sarkazmem i ironią. Czytając „Opactwo...” ubawiłam się setnie. Szybko wciągnęły mnie perypetie głównej bohaterki, heroiny Katarzyny. Austen, z dozą ironii nie pozbawionej bynajmniej sympatii, opisuje stany emocjonalne bohaterki, która zakochuje się w pewnym poznanym na balu dżentelmenie. Suchej nitki nie pozostawia na jej przyjaciółce, pięknej i głupiutkiej Izabelii. Prowadzi świetne dialogi, które czytane na głos z drugą osobą, powodują salwy śmiechu.
Jestem pod wrażeniem sporej dawki dystansu Jane Austen do siebie jako pisarki, do pisania w ogóle a także do roli kobiety tamtego okresu, która poza chodzeniem o 12 w południe do pijalni wód, a wieczorem do teatru, ładnym wyglądem i uprzejmym sposobem bycia, zobowiązana była jedynie do w miarę wczesnego znalezienia sobie męża.
Przedstawiając świat XVIII-wiecznego ziemiaństwa w tak ironiczny i prześmiewczy sposób, Austen oczywiście demaskuje płytkość relacji międzyludzkich, nierzadko dwulicowych, pozornie bezinteresownych i tylko na pierwszy rzut oka pozbawionych fałszu. Wśród tych wszystkich aspektów Katarzyna jawi się jako osoba bardzo naiwna, ale jednak szczera, nie potrafiąca kłamać ani manipulować drugim człowiekiem, budząca od razu sympatię czytelnika, jak i niewinną pobłażliwość w stosunku do jej wyimaginowanej wyobraźni.
„Opactwo...” to powieść trochę nierówna. Jej pierwsza część oparta jestw dużej mierze na dialogach oraz dość szczegółowym opisie życia towarzyskiego, a właściwie tego, co dzieje się pomiędzy ludźmi przy okazji spotkań na balach, spacerach czy w teatrze.
Druga natomiast część aspiruje do bycia prześmiewczą formą powieści grozy, w których zaczytuje się bohaterka, takich jak np. „Tajemnice zamku Udolpho”. W tej części książki dialogów jest już znacznie mniej, a więcej jest opisów, zwłaszcza stanów wewnętrznych i myśli Katarzyny. Pojawia sie pewna intryga. Wszystko jednak zbyt szybko i zbyt pobieżnie się kończy, zwłaszcza w stosunku do części pierwszej, gdzie Austen rzetelnie stara się opisać ważniejsze dla fabuły postaci oraz proces zawiązywania się bliższych relacji pomiędzy nimi.
Fakt ten właśnie pozwala mi twierdzić, że „Opactwo...” choć wciągające i interesujące, stanowi jedynie powieść napisaną dla wprawy i ćwiczenia pióra.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Blog mojej siostry
Zapraszam na bloga mojej siostry Oli, która postanowiła zacząć pisać o swojej codzienności, przemyśleniach, czasem o książkach, czasem o życiu. Kto ma ochotę, zapraszam!
sobota, 26 listopada 2011
Reportaże Tochmana "Bóg zapłać"
Pomimo niewielkich gabarytów, zbiór reportaży Wojciecha Tochmana, przynajmniej dla mnie, nie jest lekturą do „połknięcia” za jednym zamachem. „Bóg zapłać” to coś w rodzaju, bez ironii, współczesnych „Żywotów świętych”. Bohaterami większości reportaży są pojedynczy ludzie, swego rodzaju outsiderzy, wykluczeni z jakiegoś powodu z najbliższego otoczenia. Przedstawieni zazwyczaj w sposób pozytywny, są niezrozumiani przez wrogo nastawionych ludzi, którzy patrząc stereotypowo na dany problem, usiłują pojąć go i zrozumieć za pomocą często niesprawiedliwych ogólników. Tochman daje czytelnikowi lornetkę, zmniejsza dystans i zaprasza do wysłuchania intymnej relacji, która rzuca całkowicie inne światło na daną sytuację. Patrzymy teraz na historię człowieka w maksymalnym zbliżeniu. Odcinamy się od stereotypów, tego, co nam się „może wydawać”, od ogólników, które tylko pozornie tłumaczą przyczyny i skutki.
Bohaterowie zamknięci są w swoim własnym świecie, samotnie muszą zmagać się zarówno ze światem wewnętrznym, jak i zewnętrznym, często ku niezrozumieniu, lub co gorsza potępieniu, przez otoczenie. Czytelnik, wnikając w ten wewnętrzny świat, może dostrzec dany problem z subiektywnego punktu widzenia. Może ustawić swój „focus” na to, co jednostkowe, zbliżyć się na dystans bardzo osobistej rozmowy.
Tochman nie moralizuje, nie ocenia i nie komentuje. Podobnie jak czytelnik, zdaje się stać gdzieś z boku i słuchać z uwagą głosu bohaterów. I jeśli są gdzieś jakieś emocje, jakies moralne oceny, jakaś złość lub radość, to tylko i wyłącznie w wypowiedziach osób, których dane historie dotyczą. Czytelnik może, lecz nie musi, przyłączyć się do wydawania sądów, do oceny, czy takie a nie inne zachowanie miało swoje etyczne uzasadnienie, czy nie.
O ile autor „Bóg zapłać” - przynajmniej nie bezpośrednio - nie ocenia ani swoich bohaterów, ani ich „wrogów”, to w jakiś sposób robi to z większej odległości. Tytuł bowiem tego zbioru wydaje mi się niezwykle ironiczny. Większość historii dotyczy kwestii religii i katolicyzmu w Polsce. Bohaterami są księża, żony religijnych fanatyków czy chociażby maturzyści, którzy wybierali się w intencji egzaminu dojrzałości na Jasną Górę (lecz nie tylko - znajdziemy tu bowiem również historię Tomka Beksińskiego czy Wandy Rutkiewicz).
„Bóg zapłać” to podziękowanie. W kontekście historii przedstawionych przez Tochmana, nabiera ironicznego, ale także pełnego smutku i rozczarowania wyrazu, gorzkiego wyrzutu w stronę Boga, który miał przecież chronić, dać oparcie i w końcu - życie wieczne... Skoro nie dał swemu dziecku tych dwóch pierwszych rzeczy za życia, czy dotrzyma słowa, gdy życie to w najmniej oczekiwanym momencie dobiegnie kresu?
wtorek, 15 listopada 2011
W świecie szwedzkich kryminałów. Stieg Larsson
Rzadko czytam kryminały. No dobrze – nigdy ich nie czytam. Tym razem, wiedziona po trosze ciekawością, co może kryć się pośród sześciuset stronami bestsellerowej powieści szwedzkiego dziennikarza, dałam się skusić na lekturę. Pochłonęłam najpierw z 80 stron, po czym na długi czas odłożyłam książkę na półkę. Za drugim razem – dobrnęłam do końca w dość szybkim tempie.„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to powieść składająca się z dwóch historii. Pierwsza z nich, o podłożu kryminalnym, dotyczy rodziny Vangerów - szwedzkich potentatów gospodarczych, których koncern chyli się nieuchronnie ku upadkowi.
Wiele lat temu, podczas jednego z corocznych zjazdów rodzinnych w sprawie interesów firmy, w niewyjaśnionych okolicznościach znika 16-letnia Harriet, ulubienica seniora rodu, a zarazem szefa koncernu, Henrika. Rodzina przekonana jest, że dziewczyna została zamordowana, a policji nie udaje się zakończyć śledztwa sukcesem.
Drugi wątek dotyczy głównego bohatera powiesci, Mikaela Blomkvista, który jest dziennikarzem a zarazem właścicielem na poły lewicowego, a na poły anarchistycznego czasopisma zajmującego się tematami ekonomicznymi i gospodarczymi.
Powieść rozpoczyna się w czasie głośnego procesu, w trakcie którego Blomkvist zostaje oskarżony za zniesławienie jednego z rekinów przemysłowych, Wennerstroma. Jego kariera rozsypuje się jak domek z kart, a z powodu braku rzetelnych dowodów, zostaje uznany za pozbawionego wiarygodności dziennikarza. Jest skończony.
Jak sie okazuje, tylko pozornie, bowiem w tym właśnie trudnym dla niego momencie, otrzymuje od Henrika Vangera intratną propozycję rozwiązania zagadkowego zniknięcia ukochanej krewnej.
I tom trylogii „Millenium” czyta się świetnie. To oczywiste, że fabuła bardzo szybko wciąga. Opowieść skontruowana jest w sposób błyskotliwy i nie naciągany. Larsson powołuje do życia ciekawe i „żywe” charaktery. Mikael Blomkvist oraz Lisabeth Salander stanowią dwójkę zupełnie odmiennych, lecz świetnie dopasowanych osobowości, które wspólnie poszukują przyczyn kolejnych niezwykłych wydarzeń, mających miejsce w przeszłości.
Larsson stworzył kryminał z zacięciem dziennikarskim. Nie jest to jedynie zwykły splot niezwykłych wydarzeń. Poprzez wprowadzenie wątków z pograniczna ekonomii i dziennikarstwa, powieść nabiera na poły intelektualnego klimatu.
Mimo wszystko raczej nie będę sięgać po kolejne tomy trylogii. Pomimo pozytywnych wrażeń, jakie pozostawiła po sobie powieść, myślę, że taka namiastka kryminalnego świata literatury w szwedzkim wydaniu, w zupełności mi wystarczy. No, może uzupełnię sobie lekki niedosyt obejrzeniem ekranizacji.
sobota, 12 listopada 2011
"Służące" Kathryn Sockett
W tym roku należę do tego niepochlebnego grona czytelników, którzy raczej obniżają średnią czytelnictwa w Polsce, niż podtrzymują na jakimś w miarę przyzwoitym poziomie. Powodów może znaleźć się kilka, lecz wiadomo, jak kończą się dyskusje oscylujące wokół stwierdzenia „nie mam czasu na czytanie”. U mnie jest trochę inaczej: nie mam czasu na ZAANGAŻOWANIE się w czytanie. Chodzi o ten rodzaj zaangażowania, które pozwala dotrzeć do ostatniej strony rozpoczętej książki. Nie będę liczyć, ile rozpoczętych historii poznałam w tym roku. Nie starczyło mi czegoś, czym do tej pory swobodnie dysponowałam i co pozwalało mi na utrzymanie jako takiej listy przeczytanych rocznie książek. Chyba zmieniłam się trochę jako czytelnik, lecz nie powiem, że nie tęsknię za intensywnym czytaniem, wręcz przeciwnie, niemniej staram się akceptować fakt, że nadeszły inne czasy oraz wierzyć w to, że stare, zapewne w nieco innej formie, powrócą.Na tym właśnie tle, zbyt szczegółowo opisanym chyba jak na potrzeby Waszego zainteresowania, może niezwykle kształtować się fakt, że kilka dni temu rozpoczęłam lekturę tak niezwykłej książki, że w dniu wczorajszym, z przyspieszonym pulsem, udało mi się ją skończyć.
„Służące” Kathryn Sockett są w mojej prywatnej bibliotece kontynuacją wyzwania „Amerykańskie Południe”, które w znacznej mierze porusza problem segregacji rasowej, relacji pomiędzy ludźmi o odmiennym kolorze skóry, o codziennym życiu w społeczeństwie podzielonym na „czarne i białe”.
Jest to pierwsza i jak na razie jedyna powieść Sockett, którą oparła w dużej mierze na własnym życiu i osobistych doświadczeniach. Pisarka urodziła się w Jackson – w stolicy stanu Mississippi. Jackson jest stolicą nie tylko tylko w sensie geograficznym, ale także świadomościowym i obyczajowym, zajmującym ważne miejsce na mapie historii segregacji rasowej w USA.
Rzecz dzieje się nie aż tak dawno, bo w latach 60-ych. I podczas gdy my, w Polsce, borykaliśmy się z najostrzejszą komunistyczną zimą,tam, na rozgrzanym Południu mieszkańcy prowincjonalnych miasteczek nie mieli się o wiele lepiej. W dużych miastach Stanów Zjednoczonych, takich jak Nowy Jork, miały miejsce już nie pierwsze ruchy, mające obalić ustanowione dawno temu podziały społeczne. Jest to bowiem czas między innymi słynnego przemówienia Martina Luthera Kinga, „Miałem sen”. Lecz mimo to, im dalej od Nowego Jorku na Południe, tym fundamenty segregacji coraz bardziej przypominają morze zastygłego betonu, w powierzchnię którego nie sposób wkłuć cokolwiek ostrego, by zaczęło kruszyć tę skamielinę.
„Służące” prócz dość ważnego tematu, są po prostu świetnie napisane. Trzy narratorki, w tym dwie służące – Murzynki Minny i Aibileen - i jedna „Biała pani” – 23-letnia Skeeter, która ma ambicje zostania pisarką. Po powrocie ze studiów do rodzinnego domu, obserwując swoje najbliższe otoczenie, postanawia przeprowadzić wywiady z „Czarnymi” służącymi, które pracują w domach „Białych”.
W wyniku tej decyzji, tworzy się pełna napięcia pomiędzy postaciami – mieszkańcami Jackson – fabuła, przeplatana to niezwykle zabawnie opisanymi sytuacjami, to często tragicznymi i drastycznymi obrazami codziennego życia.
Dziś wieczorem moje kroki natomiast kieruję w stronę kina, ponieważ tak się niezwykle złożyło, że w kinach puszczają ekranizację tej niesamowitej powieści.
Subskrybuj:
Posty (Atom)